Mieć chorobę, przy której nie masz czasu odpocząć, ze względu na naukę, jest jak jechać na urlop do biura. Jest tak wiele rzeczy, które chciałbyś zrobić, a coś cię przed nimi powstrzymuje.
Co?
Być może motywacja dostania dobrej oceny. W końcu to co masz w głowie składa się kiedyś na przyszłość, w której albo lądujesz na śmietniku, albo podlizując się szefowi, aby utrzymać się na marną wypłatę, lub też z własną firmą, bogactwem, powszechnym szacunkiem i sławą. Dlaczego wiec czuję przed tym całkowitą obojętność? Mam wrażenie, że nie uczę się dla samej siebie i po to by pokazać innym 'patrzcie na co sobie zapracowałam'! Czuję się jakby to było coś przymusowego. Narzucanie obowiązku. Co prawda nauka dla osób w wieku szkolnym nie jest prawem, lecz obowiązkiem, a jak wiadomo lista zakazów i nakazów, do łatwiejszej współpracy powinna być już dobrze znana. Jednak nie czuję satysfakcji. Rodzice popychają mnie w kierunku szkoły, gdy również potrzebuję czasu dla samej siebie.
Czy naprawdę ludzie są skonstrowani jak roboty?
Maszyny działające tylko na czyjś rozkaz? Póki nie mam 18 lat mam słuchać się starszych dla własnego dobra. Rozumiem, że wszystko jest dla mnie, ale nie czuję się z tym dobrze. Zajęłabym się czymś, kiedy czas by na to pozwolił. Nie widzę sensu w tym jak inni cię pośpieszają do tego w momencie, w którym nie masz na coś ochoty. Doba ma 24h. Każda godzina ma 60 minut. Każda minuta ma 60 sekund. Czasu na nic nie zabraknie.